
W tym miejscu powracamy do zduna. Gdy piec „nie chce” grzać, wezwany zdun robi oględziny i ustala czy taki piec można jeszcze naprawić, czy też jest już tak wypalony, że trzeba go przestawić. To ostatnie określenie jest zwodnicze, bo nie można przestawić pieca kaflowego w inne miejsce, jego lokalizacja jest bowiem uzależniona od przewodu kominowego. Pod pojęciem przestawienia pieca rozumie się jego całkowitą rozbiórkę i zbudowanie od nowa, w tym samym miejscu. Oczywiście przy zastosowaniu odpowiedniego budulca, czyli gliny i cegieł szamotowych. Dobry zdun wie jak budować korytarze wewnątrz pieca, żeby nagrzewał się równomiernie i żeby węgiel nie spalał się ani za szybko, ani za wolno. Dobry zdun kończąc budowę pieca starannie dopasowuje zewnętrzne kafle, tak żeby piec nie tylko działał, ale także wyglądał jak nowy.
W moim mieście jest prawie 400 tys. mieszkańców i co najmniej kilka tysięcy pieców kaflowych, ale tylko jeden prawdziwy zdun. Pan Józef. Trzyma się bardzo dobrze, chociaż jak to mówią, ma już na plecach siódmy krzyżyk. Za każde przestawienie pieca bierze 1.500 zł. Spotykam się z nim często, bo firma w której pracuję zarządza kilkoma kamienicami czynszowymi, w których są piece kaflowe. Za każdym razem gdy zlecam mu naprawę jakiegoś pieca, pytam go czy znalazł sobie ucznia, któremu będzie mógł przekazać swoje doświadczenie. Nikt jednak się do tego zawodu nie garnie, a coraz więcej pieców jest „naprawiana” przez lokatorów. Wyglądają jakby je lepiły jaskółki.